To tak zaczyna się pisanie

Ach, więc to tak. Tak ponownie zaczyna się pisanie. Niby już raz to robiłam, już raz startowałam, ale pamiętam, że wtedy ten start chyba mi nie smakował. Coś z nim było nie tak. Pełno w nim było „chcę być jak…” oraz „moje nie jest takie ładne jak jej” (a „jej” ma już co najmniej kilka lat). A nie o to chodziło, to wszystko zepsuło. Czułam też jakiś dziwny lęk początku. Zaczynając, myślałam o końcu – co jeśli znowu nie wypali? Myślałam o braku – czytelników, odbiorców. Nie wiedziałam, co mogłoby być dla mnie istotą tego miejsca, mimo że to przecież BLOG i całkiem to może być proste, jeśli tylko zdejmiemy wszystkie influencowe, instagramowe i „chcębyćjak” filtry i nakładki.

A z kolei jak nie pisałam, to myślałam, że ta moja strona mogłaby mieć już co najmniej kilka miesięcy (albo i lat). Z domieszką żalu tak właśnie myślałam.

Oczywiście, że mam pomiędzy plikami worda gotowy tekst na wstęp, który kurzy się wirtualnym pyłem od kilkunastu tygodni, gotów, by zaistnieć. Tylko czekał na powstanie witryny. A ja jakoś tak nie, wybieram spontan, co często pewnie kończy się grafomanią. Jednak wolę mieć na uwadze póki co jeden jasny cel tego bloga: ma być mój, choćby i grafomański. Ma tętnić życiem, spływać ognistoczerwoną krwią. Pulsować od słów, drapać przecinkami. Jeśli wiąże się to z grafomanią, cóż, trudno. Nie aspiruję do literackiego nobla. Po prostu muszę się wypisać.

Niezbyt umiem także projektować piękne strony. Właściwie „niezbyt” to trochę eufemizm, ja po prostu kompletnie nie umiem tego robić. Niektórym css i html płynie w żyłach, w moich nie. W moich płynie prawdopodobnie niezdecydowana krew, a jeśli chodzi o umiejętności techniczne to, cóż, w excelu umiem narysować ładny domek, w paintcie trochę brzydszy. Kiedyś, jak wygram jakąś sowitą pieniężną nagrodę, to zaraz po tym jak kupię sobie te okrutnie drogie perfumy od Yves Saint Laurent (Libre – coś pięknego), zainwestuję może w osobę, której charakterystyka zbliżona jest do pierwszej linijki tego akapitu.

Nie mogę też obiecać pięknych zdjęć. Wzdycham do ujęć niedopowiedzianych i tak nieuchwytnie oddających codzienność, gdybam, że też bym tak chciała i znowu zamykam się w pułapce „chcębyćjak”. A warto po prostu aparat wziąć do ręki i klikać, ile karta pamięci utrzyma. Zatem może, może, ale nie mogę obiecać.

A co ze mną, słowem wstępu? Cóż, tym razem nie chciałabym odsłaniać kart, opowiadać jak mam na imię i że w wolnym czasie czytam albo biegam, oraz że jestem z miasta X lub Y. To z czasem, a teraz nie róbmy z tego początku jakiegoś wielkiego otwarcia, bo to w zasadzie coś na kształt kontynuacji.

Całusy,

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.