Panna Złość

źródło: pixabay

Siedzę wypompowana z emocji i nawet wina nie mogę się napić. Może to i lepiej. Może w taki sposób właśnie wpada się w alkoholizm.

Macierzyństwo to temat rzeka – wiadoma sprawa. I póki każda kobieta, która jest matką, nie spisze lub nie opowie o własnych doświadczeniach i przemyśleniach, póty ten termin nigdy nie zostanie do końca zdefiniowany – takie jest moje zdanie po roku bycia mamą.

Po roku. Mój syn jutro skończy rok. A właściwie dziś w nocy – o 1:26. Rok temu o tej porze już wiłam się w skurczowych bólach, gdy mój synek pchał się na świat. Ambiwalencja tego doświadczenia trochę mnie przeraża. Bo trzeźwy umysł zapyta – jak coś takiego może być piękne? A wiele matek odpowie: w tym po prostu jest piękno. To JEST pięknem. A piękno często boli.

Nie staram się nawet zdefiniować macierzyństwa. W tym momencie, w tych minutach, gdy litery spływają z palców, nie mam siły myśleć, czym jest macierzyństwo dla mnie. A to, że piszę ten tekst w przeddzień urodzin mojego syna to czysty przypadek, nie chęć zaakcentowania.

Piszę, bo zaczęłam malować paznokcie, gdy wreszcie udało mi się odłożyć malucha do łóżeczka po kolejnym wieczorze z trudnym usypianiem. Zaczęłam malować paznokcie i słuchać muzyki, wyłączywszy emocje. Czułam się otępiała. W pewnym momencie poczułam znajome szarpnięcie. Słowa. Zaczęły pleść w mojej głowie zdania. Trzeba coś napisać. Napisz nas, opisz to.

Zatem, jak wspomniałam, nie staram się zdefiniować macierzyństwa. Mogę natomiast starać się je opisać z mojej perspektywy, chociaż w jakimś maleńkim stopniu. Dzisiaj na przykład… przelał się we mnie temat złości. Złość. To jest emocja, której się boję, tak w ogóle, w całym życiu, nie tylko w macierzyństwie. Zawsze się jej bałam. Często wybierałam potulne ugody kosztem rezygnacji z siebie, by nie wpaść pod czyjąś złość – bo ona jest jak siekiera. Nigdy też nie umiałam się złościć. Zawsze od razu płakałam. Nie wiem, czy ktoś nauczył mnie sobie z nią radzić. Nie wiem, czy ja się nauczyłam sobie z nią radzić. Dlatego tym bardziej się jej boję, bo jeśli nie znam złości w sobie, to jak mam nad nią panować?

A złość w macierzyństwie się pojawia, mimowolnie, w różnych momentach, nawet błahych. Mimo że, jak w tym memie, wmawiam sobie, że jestem pierdo***ym kwiatem lotosu na zajebistej tafli jeb***go jeziora, to zazwyczaj jest za późno. Złość jest jak… trucizna wstrzyknięta w żyłę. Nim zdążę siebie przekonać, że faktycznie jestem tym kwiatem lotosu, to ona już płynie kanalikami w ciele, uderza do mózgu i przejmuje kontrolę. Złość w macierzyństwie mnie przeraża. I mogę sobie tłumaczyć, że to ze zmęczenia, z rutyny, już rok jestem sam na sam z niemowlakiem w domu, bez większych odskoczni, już rok nie dosypiam, już rok… Mogę to sobie tak tłumaczyć.

Ale nie wytłumaczę tego w tym momencie mojemu dziecku. A już widzę, że ono czuje, wie. Widzi złość, może ją przejmuje. Boi się jej? Czy te wszystkie sytuacje są warte tej złości?

Ona sieje spustoszenie, wypacza charaktery, zostawia po sobie znamiona. Boję się złości i nie umiem jej. Nie chcę jej czuć i nie chcę, by moje dziecko widziało, że sobie z nią nie radzę. Ale zdaję sobie sprawę, że nie da się jej usunąć z elementarza odczuć. Jest ważna, jest naturalnym odruchem niezgody na to, co się dzieje; dobrym narzędziem, takim alarmem własnej tożsamości, gdy na przykład ktoś narusza nasze granice. Kwestią najistotniejszą jest umieć z niej korzystać mądrze, tylko… to chyba jest najtrudniejsze.

Macierzyństwo to wyzwanie. Przy całej emocjonalności, wachlarzu sytuacji i kontekstów, jakie temu towarzyszą, wstawanie w nocy to naprawdę pikuś. Chociaż też nie jest to łatwe.

Bez puenty zostawię to wszystko sobie tutaj, w przestworzach. Matczyny mózg właśnie miga na czerwono wyładowaną bateryjką. Jutro podsumuję sobie wszystko, wstanę jak co dzień, zobaczę uśmiech mojego synka i zapomnę o wszystkim. Kolejny dzień jest czystą kartą, na której będę miała szansę odnotować wygraną z tą suczą, panną złością.

Dobrej nocy,

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.