Stuknęły mi niedawno dwa lata pracy w korporacji. Przez te dwa lata pracowałam łącznie w dwóch miejscach o charakterze takim właśnie, to jest korporacyjnym, i pracuję nadal. Nadal też nie wiem, jakie pokrętne skrzyżowania myśli doprowadziły mnie do takich, a nie innych wyborów w tym zakresie i jedyne, co mam na usprawiedliwienie przed swoją skamlącą o kreatywne zajęcie głową, to prawdopodobnie było to po prostu życie i praktyczne do niego podejście. Za coś trzeba kupić jedzenie i opłacić rachunki. Mało romantyczne, ale jakże autentyczne.

Wstrzymam się od celebrowania tej wątpliwej bawełnianej rocznicy mojego związku z korporacją, jednak myślę, że można te dwa lata podsumować paroma spostrzeżeniami. Które jakoś tak same do mnie przychodzą. Życzę dobrej zabawy. 🙂

  1. Korporacja jest tak zła, jak się wydaje!

Zapewne nie dla każdego, ale nie dajcie się zwieść. Owocowe czwartki czy tam wtorki nie zrekompensują wiecznego niedoczasu i poczucia tonięcia w sprawach na wczoraj. Zresztą, po dwóch dniach i tak już nigdy nie ma bananów! Mówiąc, że zapewne nie dla każdego jest to tak złe rozwiązanie, mam tu na myśli, że w swoim otoczeniu widziałam i widzę ludzi, którym ewidentnie odpowiada ten dziki wir amerykańskich struktur, których kompletnie nie rozumiem. Tak że zastanówcie się dobrze, bo open space będzie Wam się podobał przez tydzień, a brak bananów w owocowe dni zirytuje po miesiącu. Praca zaś skala Wasze CV i psychiki już na zawsze.

  1. Korporacyjny slang to nie bullshit

Jeśli jesteście językowymi purystami i kochacie nasz ojczysty język, uciekajcie gdzie pieprz radośnie sobie hasa. Tu serio będziecie dostawać maile, których nieodzownym słowem składowym jest „asap”. Wszelkie FYI, FYA, OOO, meetingi, calle i inne spolszczone lub nie dziwadła będą wychodzić spod waszych palców i wypływać z waszych ust prędzej niż zdołacie zauważyć. Będą także atakować Was ze wszystkich stron. I znowu: psychika nie zapomina. To zostanie z Wami na zawsze. Prawdopodobnie.

  1. Zapomnij o swoim imieniu

Z największym prawdopodobieństwem będziesz pracować na jednym z najpopularniejszych systemów używanych w korporacjach, zatem pożegnaj się ze swoim imieniem i nazwiskiem, bowiem odtąd korporacyjne systemy ochrzczą Ciebie całkiem nowym mianem, które będzie ciągiem przypadkowych liter i cyfr (które to jednak czasami w zaskakujący sposób składają się w zdecydowanie dziwne „słowa”). Nie chcesz być ciągiem przypadkowych liter i cyfr? Zatem zastanów się dobrze zanim Twoje stopy przekroczą próg korpo.

  1. Jesteś przede wszystkim cyferką

Możesz wyzbyć się potrzeb fizjologicznych, tak naturalnych naszemu ludzkiemu żywotowi. Odtąd przy raportach, obok Twojego nowego imienia, będą stały cyfry, które będą Ciebie określać. Nie interesuje Cię numerologia? Nie musi! Nieważne, czy jesteś głodny, czy masz okres, czy zdechł Ci chomik i Twoje życie wali się właśnie. Jeśli cyferka się nie zgadza, będą kłopoty. Cyferki muszą się zgadzać. Ty nie musisz.

  1. Tak, będziesz wykorzystywany

Nie od dziś wiadomo, że amerykańskie korporacje nie należą do instytucji najbiedniejszych na świecie. Nie od dziś wiadomo także, że to nie przypadek, że jest tyle SSC w Polsce: bo Polacy nie dość, że są wykształceni, to jeszcze znają języki obce. I są tańsi w utrzymaniu niż, na przykład, Niemcy. Wypłaty w złotówkach, to nie wypłaty w euro, umówmy się. A amerykański przedsiębiorca wcale nie jest tak hojny, jak to się może wydawać. Dlatego woli płacić w złotówkach. Ale nie na nadgodzinach. Nadgodzin lepiej nie płacić. Podwyżka? Jak posiądziesz arkana magii wykonując swoją pracę jednocześnie stojąc na rękach, to… nie, nie. Nie spodziewaj się cudów. Mało ludzi do pracy i nadmiar obowiązków? Życie. Jak Ci się nie podoba, to zmień robotę.

  1. Open space to shit

Tak oto w wyrażeniu czterowyrazowym użyłam aż trzech słów po angielsku! Widzicie?! Ale tak, jak dla mnie, open space to naprawdę gówno. Oprócz tego, że okazało się to skrajnie niepraktyczne w czasach pandemii (tyle osób na jednej przestrzeni!), to okazuje się to niepraktyczne pierwszej lepszej zimy! Kiedy to koleżanka zamiast wziąć dodatkową bluzę terroryzuje innych i chce wszystkich usmażyć podkręconymi kaloryferami! Albo jakiś smart industrial designer wymyślił sobie zrobienie open space BEZ OKIEN. Serio, pracowałam w miejscu, w którym NIE MOŻNA BYŁO OTWORZYĆ OKNA. To powinno być karalne.

Nie wiem jak można wpaść na pomysł stworzenia tak absurdalnie nienaturalnej i odpychającej przestrzeni i kazać grupie ludzi spędzać w niej więcej czasu niż we własnym domu.

Nie wiem, czemu istnieją ludzie, którzy pracując w ten sposób, nie mają na ten temat żadnej refleksji lub się nad tym nie zastanawiają. Tylko łykają tabletki przeciw bólowi głowy. Quo vadis, orbis?

  1. Zarządzanie jest złe

To nie jest tak, że idziesz do korpo i trafiasz w pięknie ułożony świat, utkany z uśmiechniętych ludzi taplających się radośnie w błyszczącym jeziorku idealnej struktury i zarządzania, a wokół hasają jednorożce. Nie, sposób, w jaki jest prowadzony ten biznes często jest niezrozumiały i nielogiczny. Co prawda jestem tylko mróweczką, która pewnie ma małe pojęcie o tym wielkim świecie, ale obserwując najbliższe otoczenie jestem w stanie określić fundamentalny błąd: oszczędzanie na ludziach. Nie powinno się oszczędzać na ludziach. Ludzie są motorem firmy. Najważniejszym zasobem. Powinni czuć się komfortowo.

  1. Przy wiecznym niedoczasie musisz robić niedorzeczne i zbędne szkolenia

Ehe, serio. Co tam takie drobne pół godzinki na szkolenie przygotowane przez dział HR lub jakiś inny. Niestety nie jestem w stanie odtworzyć żadnej przykładowej nazwy takowego szkolenia, a szkoda, bo są zabawne. I długie. Brzmią poważnie, a przypominają trochę quizy z BRAVO. No, ale musisz je robić; co z tego, że toniesz w mailach.

  1. Wielka wspólna kuchnia, w której roi się od ludzi

Fakt, w pracy w korporacyjnym open space przeszkadza mi trochę zamiłowanie do bardziej kameralnych przestrzeni. Nie czuję się najlepiej w dużych skupiskach nieznajomych mi ludzi, a takim na pewno jest środowisko, w którym przebywam na co dzień. Na przykład taka kuchnia: prawie zawsze pełna ludzi, z którymi wypada zamienić słowo, którzy akurat ucinają sobie pogawędkę stojąc przy ekspresach do kawy, zbiorowe lodówki, w których rozwijają się nowe życia i cywilizacje oraz jakiś milion osób jedzących lunch w porze lunchowej, czyli zero, kompletnie zero spokoju, nieważne, gdzie pójdziesz. Nie jestem mistrzem small talk. Tak że ten…

  1. Żarty o korpo są śmieszne, prawdziwe i smutne

Komentarz zbędny.

 

Obraz przedstawiony powyżej przedstawia korporację niczym małe piekiełko, ale proszę brać pod uwagę, że jest to obraz trochę podkolorowany na potrzeby atrakcyjności tekstu. Istnieją też dobre aspekty takiej pracy. Niektórzy ludzie w ogóle lubią pracę w korpo i spoko. Ja jednak wiem, że to nie dla mnie, a tutaj po dwóch latach przebywania w takim środowisku nasuwają mi się takie, a nie inne spostrzeżenia. I to tylko moje, najmojsze, każdy niech ma swoje. Ku rozwadze, ku przestrodze, trochę ku rozrywce. 🙂

PS Oczywiście cieszę się i szanuję szalenie fakt, iż w tych ciężkich czasach mam stabilną pracę. Niemniej jednak, po prostu musiałam to napisać. :)