Styczeń depcze nam po piętach… ach, nie, już wprosił się radośnie na kartki kalendarza ciągnąc za sobą rok dwa tysiące dwudziesty pierwszy. Raczy nas chłodem i szarością, zaprasza do snu już po godzinie szesnastej. Jakby w ogóle nie zwracał uwagi na tych, co tylko odliczają do wiosny i za nic mają styczeń…

Jak to w styczniu, w internetach roi się od podsumowań i postanowień. Lubię podsumowania i nie lubię postanowień. Postanowień nie lubię nie dlatego, że nie wychodzą – bo nie zawsze przecież tak jest. Chyba dlatego, że jak czegoś chcemy w naszym życiu to styczeń i inna cyferka nic nie zmienią. A jeśli nie możemy się do czegoś zmotywować, to może po prostu nie jest to jeszcze dla nas czas albo tak naprawdę nie chcemy tego robić…? Wpadamy w sidła presji obecnych czasów i usilnie postanawiamy, że też będziemy mieć sześciopak na brzuszku. Tylko po co…? Skoro jeszcze tam nie zawitał i nie jest efektem zwyczajnego zdrowego stylu życia i umiarkowanej aktywności, to może lepiej, zamiast zarzucać się wizjami mięśni ze stali, wyruszyć w podróż w głąb siebie i zdecydować, że może warto zacząć lepiej jeść i więcej się ruszać – ot, dla zdrowia fizycznego i psychicznego? Może wtedy to zostanie z nami na zawsze, a nie tylko na pewien czas. Tak sobie gdybam.

Podsumowania lubię, bo mają w sobie coś z porządku, a ja lubię porządek. Zawsze też lubiłam je czytać na blogach. Podsumowania miesiąca, roku, tygodnia czy lat. Nawet jedno napisałam, to było podsumowanie listopada i wyszło całkiem fajnie, ale go nie opublikowałam, bo chwilowo po raz mniej więcej milionowy zwątpiłam w swoje piśmiennicze umiejętności, sens publikowania czegokolwiek i tak dalej. Kiedyś się nauczę tak nie myśleć i po prostu robić to, co chcę. Kiedyś na pewno.

Tak że styczeń kołysze nas w rytm swych smętnawych melodii, a ja nadaję prosto spod koca, tak jak dwa miesiące temu, gdy pisałam o herbatach, które mi się znudziły, i usilnie czepiam się myśli o wiośnie. Polsko, kocham cię, ale zima ostatnimi laty ci nie wychodzi. Dowiedziałam się, że w moim rodzinnym mieście prószy śnieg i nawet rozgościł się grubszą warstwą na ulicach. W wielkopolsce o takie sprawy bywa trudno, a jedyne, co ponownie rozgościło się na chodnikach, to kałuże, tak głębokie jak te, o których pisałam we wrześniu. I tak sobie pada, i pada z szarego nieba. Poznaniu, ciebie też uwielbiam, ale dzisiaj wygrywa obielona Bydgoszcz. A moje styczniowe przemyślenia są tak bardzo rozproszone jak ten zimowy, ciepły poznański deszcz i dotyczą mniej więcej miliona drobnych i większych spraw. I tak sobie siedzimy – te myśli, koc i ja.

I właściwie to muszę się do czegoś przyznać.

Mam kilka postanowień. Może bardziej celów. Nie wiem, czy noworocznych. Mam raczej nadzieję, że życiowych, długodystansowych. Fajnie, jakby udało się je zrealizować. W zgodzie ze sobą.

Tym czasem życzę wszystkim dużo ciepła w te dziwne dni. Dużo słońca, jeśli nie na niebie, to wewnątrz.