Dubrovnik lipcową porą

Dubrovnik lipcową porą

Wróciłam z Chorwacji. Wróciliśmy. Głowa jakby wypoczęta, ciało muśnięte słońcem, osobowość wzbogacona nowymi doznaniami: zapachami, ludźmi, miejscami.

Powroty zawsze są trochę dziwne. Niby nie ma cię tylko tydzień w miejscu, w którym spędzasz prawie trzysta sześćdziesiąt pięć dni roku, a wszystko jest jakieś inne. Inaczej pachnie, inaczej się dotyka. Bardzo lubię te momenty, bo to jest jeszcze element tych wakacji i trwa tylko chwilę, jest takie ulotne. To, że to „stare” jest przez chwilę „nowe”. My, na przykład, czujemy zawsze zapach nowych mebli jak wchodzimy po nieobecności do naszego mieszkania. Mimo że te meble wcale nie są już jakieś supernowe.

Dzisiaj wstałam i skropił mnie deszcz jak wyszłam po zakupy. Jeszcze wczoraj umierałam z gorąca.

Dubrovnik City

Miasto utkane z rozgrzanych chodników. Gdzieniegdzie rzucona skalista plaża. Słońce zagląda w każdy zakamarek ulicy. Chyboczą się statki, łódki, katamarany na błękitnej wodzie, uwięzione przy molo. Umęczeni gorącym powietrzem turyści szukają cienia i trochę wytchnienia. W przyulicznych kafejkach sączy się espresso, wino i zmrożone, orzeźwiające piwo. Jest powolnie i dość idyllicznie, jak to bywa  w nabrzmiałych słońcem turystycznych miejscowościach. Z drugiej strony miasto aż drży od nadmiaru ludzi, zgiełku i kwitnącej turystyki. To wszystko jakoś ze sobą współgra.

Dubrovnik ciągnie się wzdłuż jednej długiej i wielu małych uliczek. Jego perłą jest zachowane stare miasto, którego duch, wygląd i położenie wzbudza westchnienia podziwu. Otoczone murami miejskimi pomarańczowe, jednakowe, nadszarpnięte zębem czasu dachy wystawiają umęczone dachówki ku słońcu, a za nimi rozpościera się krajobraz lazurowego Adriatyku o spokojnej, mrugającej zachęcająco tafli chłodnej, słonej wody.

Powykrzywiana w zakręty chorwacka linia brzegowa piętrzy się wzgórzami, rozdziela na półwyspy i wysepki rozrzucone po wodzie budując tym samym naprawdę niepowtarzalny krajobraz.

Kocie królestwo starego miasta

Uliczki zabytkowej części Dubrovnika zdają się nie mieć końca. Tam, gdzie wydaje się, że już-już nigdzie nie dojdziesz, na końcu jednak okazuje się, że możesz skręcić w prawo i dalej zatracać się w staromiejskim labiryncie. Na każdej ulicy można spotkać co najmniej jednego kota, który przekręca się leniwie z boku na bok. Każdy inny. Jeden bardziej leniwy od drugiego. Niektóre polują na wszędobylskie gołębie. Inne pozwalają się głaskać. Reszta po prostu śpi. Jest ich mnóstwo i wydaje się, jakby były pewne swojej własności. Te ulice należą do nich.*

Wieczorami nie można odetchnąć. Upał nie przymyka powiek, nie wpuszcza się powiewu chłodnego powietrza do Dubrovnika. Turyści wybierający Chorwację w lipcu muszą się tu wygrzać, wypocić, nie ma zmiłuj. Wieczorami plaże pustoszeją, zapełniają się restauracje. W końcu można coś zjeść, bo całodzienne słońce nieokryte ni chmurką skutecznie wypala apetyt i łaknienie.

*obficie znaczą teren, to (niestety) też można odczuć

Ludzie i wzgórza

Wbrew pozorom te dwa elementy łączą się ze sobą w chorwackich, a raczej dubrownickich realiach. Chorwaci są szczupli. Nie dziwię się; mnóstwo w Dubrowniku schodów i podejść pod górę. Właściwie ciągle gdzieś schodzisz i wchodzisz. Wchodzisz i schodzisz. I tak w kółko. Można się umęczyć i… schudnąć. Bo cóż tu jeść, gdy wypacasz siódme poty na zwykłym spacerze, a na obiad zdecydowanie wystarczy butelka schłodzonej wody mineralnej, ewentualnie banan? Fajne to. Bardzo nam się spodobało. Jakoś tak zdrowiej. Dużo ruchu i lżejsze jedzenie. Dietetycy na bezrobociu. Niby proste, a czasami takie trudne do osiągnięcia w naszej rozpasanej rzeczywistości.

Trzy porady

Miej zawsze strój kąpielowy jak zwiedzasz Dubrovnik. Nigdy nie wiesz, gdzie akurat wychyli się zachęcająco plaża, a uwierz mi, twoja skóra rozpalona słońcem będzie łaknąć chwili kąpieli w przerwie od zwiedzania. To miasto daje takie możliwości. Wysychasz w dziesięć minut i idziesz zwiedzać dalej. Jak nowonarodzony. Twoim nieodzownym towarzyszem po adriatyckiej kąpieli zostanie jedynie sól na skórze i ustach. Dużo soli.

Miej też pełen portfel. Oni się nie certolą. Butelkowa woda jest w cenie. Jedzenie jest w cenie. Wyciskają turystów jak soczek z cytrynki, ale o to przecież trochę w tym wszystkim chodzi. Turyści z uśmiechem na spoconej twarzy dają się wciągać w ten komercyjny taniec.

Miej gumowe coś na stopy jak idziesz do morza. Klapki, buty, cokolwiek. Choć wielu szaleńców pozwalało swoim kończynom radośnie hasać po ostrych kamieniach, nie rób tego. One parzą, a w wodzie mogą cię skaleczyć. No i w wodzie są też jeżowce. Takie ostre, kłujące coś, co się usadawia na kamieniu i tylko czeka na twoje stopy. To spotkanie nie będzie przyjemne.

Jedź tam

Z całego serca polecam to miejsce do zwiedzenia. Jest nietuzinkowe i absolutnie przepiękne. Ciężko zamknąć jego czar i urok w słowach. Jak już tam będziecie, to pozdrówcie ode mnie wszystkie futrzaki, a także pewnego jegomościa ze skorupą na plecach, którego przyłapaliśmy na beztroskiej, żółwiej wędrówce w ogródku. Daliśmy mu imię i został naszym kumplem. I koniecznie odwiedźcie GreenGarden, bo serwują przepyszne tortille i burgery w miarę ludzkiej cenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powrót do góry