Jakim jesteś superbohaterem?

Jakim jesteś superbohaterem?

Jawią się jako niedoścignione jednostki idealnych światów. Sylwetki wyrzeźbione z marmuru, przenikliwe spojrzenia, nieskazitelne dusze i szlachetne czyny. Nietuzinkowy, niecodzienny wygląd, przepiękne twarze. Moc, która nigdy się nie kończy i umiejętność zbawiania świata na milion sposobów – bez śniadania, bez kawy, może nawet bez majtek. Nic nie przeszkadza w czynieniu dobra. Uśmiech, kropla potu i błysk białego zęba spomiędzy idealnie wykrojonych ust. To oni – superbohaterowie z naszych dziecięcych bajek i marzeń. Bohaterki i bohaterzy. Bohater – jedno z pierwszych słów używanych w pierwszej klasie szkoły podstawowej, a może nawet już w przedszkolu – nieważne przez jakie „h” – kto jest twoim bohaterem, kim chcesz zostać w przyszłości? To za nich przebieraliśmy się na balach karnawałowych i to ich postaciami kierowaliśmy w grach komputerowych, z wypiekami na twarzy posiadając w sposób wirtualny te niesamowite właściwości. Takie były ideały: być jak KTOŚ.

Pochłaniając kolejne karty baśni braci Grimm, przyglądając się disneyowskim postaciom walczącym o dobro na ekranach telewizorów, czytając inne piękne młodzieżowe książki – ile się czuło w sobie, utożsamiało się z tą czy inną postacią. Absolutnie pożądane zjawisko wśród dzieci i młodzieży (nie wiem jak jest teraz, wypadłam z obiegu – to tylko moje wspomnienia), które… No właśnie, które co? Znika? Później nie warto pamiętać? Wstyd?

Było też pisanie rozprawek lub charakterystyki postaci. Tutaj szły Kamienie na szaniec, Ania z Zielonego Wzgórza, i cała plejada innych – faktycznych lub fikcyjnych – bohaterów różnych rzeczywistości. Rozpisywanie się na temat ich zalet, ich potyczek, ich wad oraz osiągnięć – słowom przecież nie było końca i same układały się w zdania. Najlepsze, że było z czego czerpać. Bohaterów całe grono.

Później dorośliśmy.

Rośliśmy coraz bardziej osiągając te swoje metr sześćdziesiąt czy dziewięćdziesiąt, zęby już stałe, gdzieniegdzie pojawia się zmarszczka. Poszliśmy na studia, do pracy, poznaliśmy ludzi, świat, zauważyliśmy jego brzydotę, która przeplata się z… pięknem? Z rozczarowaniem? Prawdopodobnie z czymś się przeplata, ale na pewno w którymś momencie rzeczywistość rypie nam w twarz. Szczęśliwi ci, którzy obrywają później. Idąc ulicami pędzącego świata, coraz starsi, doświadczając różnych emocji i sytuacji automatycznie oddalamy się od tych naszych ideałów, zapominamy, kim i czym one są. Okej, może już nie chcemy być jak syrenka Arielka (i nie mówię tu o chęci posiadania ogona z płetwą), ale warto chyba mieć jakiś wzorzec, by na nim, mniej więcej, opierać swoje życiowe wybory. Wtedy łatwiej podejmuje się decyzje – choć wydaje mi się, że w codziennym biegu o posiadanie więcej czasu lub pieniędzy, zwyczajnie zatracamy to gdzieś po drodze i już nie zastanawiamy się, czy jak trzeci dzień z rzędu chlapniemy piwo do netflixa i zagryziemy chipsem, to nadal będziemy mieć talię jak Pocahontas. To oczywiście błahostka, ale wiadomo o co chodzi.  

Gdyby tak pamiętać?

Co by było, gdybyśmy zawsze pamiętali? Czy nie byłoby fajnie, gdyby część facetów chciała być jak zawsze gotowy do pracy Bob Budowniczy, druga część jak silny i waleczny Herkules, jeszcze inna jak pomocny Superman? A kobiety: Pocahontas, Jasmina, Mulan… Dobre, pełne gracji, naturalnie piękne. Brzmi infantylnie? Być może, ale coś jest takiego w dziecięcości, co jest nieskazitelnie szczere i proste, i myślę, że warto do tego dążyć albo chociaż o tym pamiętać.

Oczywiście nie chodzi o to, by zacząć się odchudzać, pofarbować na czarno i hasać w kusej kiecce niczym czarna indiańska księżniczka. Chodzi o staranie się, aby być dobrym. Chodzi o zdanie sobie sprawy, że możemy być bohaterami dnia codziennego. Być bohaterem dla swojej babci i umyć jej okna. Bohaterem dla swojego dziecka i wyjaśnić mu matmę. Bohaterem dla swojej żony/swojego męża i wysłuchać. Bohaterem dla całkowicie nieznajomej osoby i przytrzymać ją za rękę, gdy właśnie pakuje się prosto w kałużę lub – co gorsza – pod samochód. Bohaterem jakiegoś zwierzaka rzucając mu kanapkę do zjedzenia, którą chciałeś wyrzucić. Jak sobie tę bohaterskość udomowimy i zdefiniujemy według realiów naszego świata – naszego osiedla, ogrodu, otoczenia – to już nie są Himalaje naszych możliwości. To po prostu coś normalnego, o czym często ciężko pamiętać.

Być swoim własnym bohaterem. Takim, że czujesz dumę, że jesteś sobą, bo jesteś dobry. Nie siejesz złą energią, bo masz okres lub złamał Ci się ząb albo po prostu nic się nie stało, tylko nie chce ci się być w dobrym humorze – zdarza się, ale w tym momencie podejmujesz decyzję o walce ze złem, które w sobie nosisz – w ten sposób jednocześnie podejmujesz walkę ze złem, które jest na tym świecie, wokół ciebie, na twoich ulicach. I nie chodzi o zło przez zabijanie, kłamanie, kradnięcie. Chodzi o zło, które też jest złem tej samej kategorii – złe słowo, przytyk, brak reakcji. To też jest zło, wcale nie mniejsze. To zło dnia codziennego – twój metaforyczny Voldemort, którego musisz zgładzić, bo jak nie, to on zgładzi ciebie. Prędzej czy później. I umrzesz za życia.

Rozumiesz? Jesteś super. Superbohaterem. Tylko sobie zdaj z tego sprawę, zdawaj sobie z tego sprawę w każdej sekundzie życia i zachowuj się jak superbohater. Bezinteresownie. Tak, żeby każdy chciał napisać o tobie rozprawkę lub powiesić twój plakat na ścianie nad łóżkiem.

 

PS Wiem, wiem, jestem strasznie naiwna, a ten tekst brzmi dziecinnie. Ale lubię zarówno ten tekst, jak i swoją naiwność. I daleko mi do superbohaterki, ale warto mieć do czego dążyć.

9 myśli w temacie “Jakim jesteś superbohaterem?

  1. Do you have a spam problem on this blog; I also am a blogger, and I was curious about your situation; many of us have created some nice methods and we are looking to swap solutions with other folks, be sure to shoot me an e-mail if interested. Eudora Elwyn Barina

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powrót do góry