Jesień 2020, myśli zebrane, nierozproszone.

 

Jak smakuje jesień, gdy jesteś na tym dziwnym etapie życia, na takim mostku łączącym magiczną granicę okresu „mam dwadzieścia pięć lat” z „przed trzydziestką”?

Jesień wtedy powoli rozlewa się ciemną kałużą na chodniku przed domem, jest znacznie powolniejsza niż kiedyś, a może ty po prostu bardziej ją dostrzegasz, bo nie skupiasz się już na myśleniu w ostatni dzień sierpnia o nowym plecaku i tysiącach niezapisanych jeszcze linijek w świeżych zeszytach. Skupiasz się właśnie na tej jesieni, końcu wakacji samym w sobie, który jakoś tak niewytłumaczalnie zlewa się w jedno z końcem lata, mimo że formalnie przecież tego jeszcze trzy tygodnie. Ale czym są te trzy tygodnie, skoro mrok zalewa podwórka już o godzinie dwudziestej i krótkie spodenki spoglądają smętnie spod tych długich na półce w szafie, świadome, że czeka je długi zimowy sen?

Przed trzydziestką można sobie trochę potęsknić za iskierkami niepewności, które targały nastoletnim serduchem na wieczór przed ubraniem białej bluzki i odprasowanej spódniczki. Tęsknić za rodzinnym miastem, które nie tak dawno temu z radością zostawiło się za plecami, będąc gotowym na nieznany wielki świat, który być może okazał się zbyt wielki i zbyt nieznany. Tęsknić za decyzjami, których nie sposób cofnąć i zmianami, które wydają się tak głębokie jak te jesienne kałuże na chodnikach. Tęsknić za pierwszymi chłodnymi spacerami z psem, którego już tyle lat nie ma, a wciąż czasami znajduje się sierść gdzieś w najdalszych zakamarkach starej szafy.

Można pielęgnować wspomnienie innego jesiennego spaceru, na który szło się kiedyś, będąc niczego nieświadomym, świeżo upieczonym studentem, obok swojego przyszłego męża w pewnym dużym poznańskim parku podziwiając kolorowe liście, te na drzewach i te przylepione już do powierzchni parkowych alejek. Można też potęsknić sobie do bycia niczego nieświadomym, świeżo upieczonym studenciakiem, który właśnie jesienią w parku jest na randce. I też nic nie wie, i też ma wielkie iskierki niepewności gdzieś pod sercem.

Lubię pierwszojesienne deszcze zmywające z powierzchni ziemi kurz pozostawiony przez letnie upały. Jakby świat zmywał słoneczny makijaż i kładł się spać w kilkumiesięcznym oczekiwaniu na kolejne wakacyjne szaleństwa. Te pierwsze krople stukające w parapet witają cię w poniedziałkowy poranek gromkimi brawami, że tak, oto udało ci się wstać i możesz teraz zasiąść do pracy, nie kuszony rześkimi promieniami słońca. Te krople układają cię również do snu tworząc niepowtarzalną melodię utkaną z setek drobnych tęsknot i wygaszanych nocnych lampek.

Przed trzydziestką jesień może smakować dobrym serialem i lampką czerwonego wina, a także ciepłem kochanego ramienia, które obejmuje cię, chroniąc przed zbliżającymi się ukłuciami coraz to chłodniejszego powietrza wlewającego się przez uchylone wciąż okno.

Jesień to utkany z melancholijnych tęsknotek pled, który chętnie na siebie zarzucamy, gdy po dziewiętnastej słońce ustępuje miejsca księżycowi. Niby go nie chcemy, bo przecież lepiej, żeby było po prostu ciepło, ale z drugiej strony o tej porze roku zdecydowanie jest naszym przyjacielem, czy nam się to podoba czy nie.

Może są to grafomańskie wypociny, ale cała jesień jest trochę grafomańska. Mimo że dawno wyzbyłam się nawyku poddawania się pląsom rozproszonych, niewesołych myśli, gdy tylko wrzesień zaczyna rozpychać się na kartkach kalendarza trochę się poddaję tej melancholijnej melodii intonowanej przez krople deszczu. Nie mam zupełnie ochoty z tym walczyć, lepiej po prostu „się wypisać”, nalać sobie lampkę wina, wtulić w ukochane ramię i przybić tej jesieni piątkę. W końcu jest otuloną nostalgią i płaszczem kolorowych liści piękną kobietą. Zróbmy jej trochę miejsca.