Kentucky Fried Chicken

Kentucky Fried Chicken

Był rok dwa tysiące trzynasty w pełni. Pyszniły się czerwcowe kwiaty na gałęziach drzew, energia i ciepło rozdmuchiwały wszelkie rozterki dnia codziennego – lato było wtedy tak piękne, że nie sposób było się martwić o cokolwiek. Rozgrzane tramwaje dziarsko sunęły po szynach przewożąc w różne strony podróżujących wystawiających twarze do uchylonych okienek, by złapać przyjemny podmuch miejskiego, ciepłego wiatru. Wszyscy wdychali czerwiec w mieście.

Pewna bydgoszczanka była wtedy tuż po maturze. Tak, uwaga, zaskoczenie, chodzi o mnie. Ciało trochę za chude, włos za cienki, broda ukwiecona tu i ówdzie stanami zapalnymi. Myśli wiecznie rozbiegane i jakby zabarwione smutkiem, który szalony czerwiec z niemrawym powodzeniem chciał rozgonić upalnym słońcem. Tuż po maturze i przed wielkimi zmianami. Studia. Plany. Marzenia. Lęki. Wyniki matur. Słońce. Dużo trosk różnej maści. Czy to nie za dużo?

Najdłuższe wakacje w życiu wypadałoby spędzić pożytecznie – tak pomyślałam. Trzeba znaleźć pracę. Tak bardzo chciałam pojechać z J. do Bułgarii i spędzić tam chociaż ze dwa szalone tygodnie. Chciałam sama na to zarobić jeszcze przed studiami. Bydgoski rynek pracy nie był zbyt łaskawy dla świeżutkich absolwentów szkoły średniej z doświadczeniem dokładnie zerowym. Dodatkowo, nie byłam za pan brat z wysyłaniem CV przez internet. Może byłam trochę zacofana. Ale entuzjazmem mogłam przenosić góry, więc cóż to dla mnie znaleźć pracę, nawet w Bydgoszczy. Wydrukowałam kilka egzemplarzy CV i dziarsko je tu i ówdzie roznosiłam. A to w znanej sieciówce, a to w jakiejś małej knajpce. Zawsze z nadzieją, że zadzwonią. Patrząc z obecnej perspektywy, bardziej uzasadniona byłaby nadzieja, że NIE zadzwonią, ale wtedy byłam młodziuteńka i głupiutka. I bardzo chciałam zarobić jakieś pieniądze.

Pewnego upalnego dnia, gdy akurat robiłam z mamą zakupy na rynku, zadzwoniła moja komórka. Na wyświetlaczu obiecująco migał jakiś obcy numer. Tak! Dzwonią! Świetnie! Oczywiście, że przyjdę na rozmowę. Oczywiście, że pasuje mi ten termin. Oczywiście. Ach, jak wielka była ta radość, że zadzwonili z… KFC. Na rozmowę poleciałam jak na skrzydłach. Ja, wtedy dwudziestoletnia fit-psycholka traktująca jakiekolwiek źródło tłuszczów jako zło. Kejefsi też powinnam była potraktować jako zło. Bo było złem. Śmiem twierdzić, że jest nim nadal.

Oferta pracy była wręcz nieprzyzwoita. Zarówno jak na czasy obecne, jak i tamte minione. Całe 6,70 netto za godzinę plus strój roboczy. Ale buty BHP kup sobie sama. Za co? No jak to. Jak przez miesiąc zarobisz 800 na rękę to 250 złotych na specjalistyczne buty BHP starczy ideolo. Jak nie kupisz, to wylatujesz – ale o tym dowiedziałam się dopiero dużo później.

Pierwsze, co mnie uderzyło w dzień rozpoczynający moją karierę, to kleisty zapach tłuszczu unoszący się wszędzie oraz strój roboczy, czyli czerwona koszulka polo z grubego materiału i totalnie ohydne, za duże, bezkształtne dżinsy zapinane mniej więcej pod brodą. Przyodziałam to wszystko, wpięłam plakietkę, że się uczę i że jestem Ola, i z wciąż tym samym ogromnym entuzjazmem zaczęłam… ten mały koszmar.

Łatwo się domyślić, że entuzjazm malał z dnia na dzień. Zarabiałam swoje pierwsze „poważne” pieniądze, ale psychika cierpiała katusze. W zbyt ciepłych ubraniach, gdy temperatura na ulicach sięgała 35 stopni, a pojęcia klimatyzacji chyba w tamtym grajdołku jeszcze nie odkryli, podawałam ludziom śmietnik w opakowaniu i życzyłam smacznego. Obracałam się wśród zakompleksionych koleżanek – kobiet, które będąc po trzydziestce utknęły dokładnie w tym kurczakowym piekle i prawdopodobnie nie były z tego powodu szczęśliwe. Wyżywały się na wszystkim i wszystkich, a najbardziej na nowych osobach. A jeszcze bardziej na zadowolonych z życia nowych osobach. Starały się stłamsić każdy dzień, umorusać go śmierdzącym tłuszczem i obrzydzić. Była taka Anka, która szkoliła mnie pierwszego dnia. Bardzo niepocieszona, że musiała wstać na ósmą. Bardzo dawała mi to odczuć. To były pierwsze momenty, w których zaczynałam się zastanawiać, dlaczego ludzie tkwią w czymś, czego nie lubią, a później swoją frustracją zalewają cały świat.

Ta robota nie byłaby taka zła. Mogłaby być fajna. Czas szybko mijał, można było pogadać z klientami stojąc przy kasie. Często byli mili, czasami nawet zostawiali napiwki (!). Co prawda musiałam bardzo mocno gryźć się w język, gdy ktoś pytał „co pani poleca?” – zawsze miałam ochotę powiedzieć, że absolutnie nic, idź człowieku na rynek i tam kupuj jedzenie, ale hardo trzymałam się wizji wyjazdu na wakacje tuż przed rozpoczęciem studiów.

Moment przełomowy nastąpił po paru tygodniach, gdy przyszło mi zebrać naganę od szefowej – jedną, drugą i kolejną. Otóż chodziłam tam w starych adidasach – klienci i tak przecież widzą mnie tylko od pasa w górę, nie muszę błyszczeć butami. A w tej kuchni i w tym… czymś, tej przestrzeni, która jest między kuchnią a ladą z kasami, podłoga często kleiła się od tłuszczu i brudu. Podobno specjalne buty BHP miały mnie uchronić przed niechybną śmiercią poprzez poślizgnięcie. Tak szczebiotała jeszcze chudsza ode mnie szefowa, która dopiero co urodziła bliźniaki i podobno hormony jej źle działały. Jak dla mnie była po prostu wredną babą. Jako że absolutnie nie wiązałam z tym miejscem swojej przyszłości i nikt nie uprzedził mnie, że będę musiała wydać jedną czwartą wypłaty na buty, po prostu zignorowałam te uwagi. Aż przyszedł sądny, wspaniały dzień, kiedy to powiedziałyśmy sobie „do widzenia”. Nadal czasami mam ochotę tam wrócić i powiedzieć im, że powinni sobie porządnie odtłuścić mózgi, wzmocnić poczucie własnej wartości i przestać dręczyć ludzi. Albo chociaż więcej im płacić.

Zróbmy ten świat choć trochę lepszym, błagam. Bądźmy przyjaźni, tam gdzie można być przyjaznym. To jest prostsze niż bycie wrednym.

O, tak latałam z radości jadąc do Kejefsi | Źródło: Pixabay

Wspomnienia z pierwszych prac na pewno u wszystkich są ciekawe. Mam jeszcze kilka historii w zanadrzu, w każdej jedną z głównych ról gra osoba, która w tej pracy, dla mnie jednej z pierwszych, utknęła z jakichś powodów, a przez swoje kompleksy i frustrację męczy niewinnych ludzi, którzy chcą tylko zarobić na wakacje. Może będziemy je sobie opowiadać? Co by się trochę pośmiać i pocieszyć, że chociaż daliśmy się sponiewierać za marne grosze, przynajmniej nikt o nas nie myśli w kategoriach “wredna sucz”.

Tak jakoś mi się to wszystko przypomniało jak w którąś sobotę smażyłam nuggetsy własnej roboty w swojej własnej kuchni. Cała szczęśliwa, że już nie jestem tak chuda, tak głupiutka, mam swoją kuchnię oraz realne poczucie wpływu na swoje życie.

Zdj. źródło: Pixabay

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powrót do góry