Jeśli mogę powiedzieć, że czegoś się boję w życiu, to myślę, że jest to miłość warunkowa. Taka miłość upleciona z oczekiwań drugiej strony. I wcale nie mówię tu jedynie o miłości romantycznej. Chodzi o każdą. Matki do córki, wnuka do babci, dziadka do wnuczki, siostry do siostry.

Miłość to duże słowo. I napawa mnie lękiem kochanie w ten sposób. Podobnie napawa mnie lękiem budowanie zwykłej relacji, nawet takiej nie opartej na miłości, a po prostu na sympatii, na takich zasadach.

Czy jest jakieś usprawiedliwienie tego, że nakładamy kaganiec na innych ludzi wiążąc ich swoimi oczekiwaniami? Zamykając im usta i nie pozwalając być sobą w stu procentach przez obawę, że przestaniemy ich kochać albo relacja ucierpi? Dlaczego mamy wyrzuty sumienia, że coś ukradliśmy, a nie mamy ich w momencie, kiedy tak bardzo toksycznie działamy względem drugiej osoby? Mniejsze zło? Tu też kradniemy. Czyjąś wolność i poczucie swobody.

Irracjonalny, podświadomy lęk o utratę relacji i kontaktu związany z niespełnianiem oczekiwań zasiada gdzieś w tym magicznym miejscu zwanym „tyłem głowy”. Z tyłu głowy mieszkają właśnie takie małe-wielkie sprawy, które jednak w codziennym pędzie wolą się cicho skryć, by jakoś w ogóle przeżyć w naszej głowie, a uderzyć w wolnej chwili. Na przykład przed spaniem. Albo przy prasowaniu. I uderzają, a my ulegamy.

Gorset z potrzeb

Boję się oczekiwań. Denerwuje mnie schemat działania podług czyjegoś widzimisię. Martwię się, że nie sprostam, zrobię coś źle i później wszystko się sypnie. I że będzie to moja wina. Smutno mi, że są ludzie, którzy wymuszają czyjeś działanie tylko i wyłącznie według własnych zasad. A jeśli odmawiasz, to jesteś be; zamykam ci drzwi i już nie pogadamy. Chyba że zrobisz tak, jak JA chcę. Co ty myślisz i czujesz – nieważne.

Czuję, że nie mogę oddychać w takiej relacji. Z każdym kolejnym spełnieniem czyichś oczekiwań zaplata się kolejna tasiemka wokół mojej talii, robi się coraz ciaśniej. Znowu robię coś wbrew sobie. Znowu chowam swoje potrzeby w kieszeń. Dla dobra relacji. Dla dobra tej relacji, która przecież jest taka szczera. Szczera do bólu. Przecież jak tego nie zrobię, to będzie koniec. Muszę tak zrobić.

Nie umiem po prostu wzruszyć ramionami.

Piękna jest wolność

Myślę, że takie zachowania nie są, w dużej mierze, świadome. Możliwe, że są to swego rodzaju wbudowane, podszyte lękiem o utracie kontroli nad sytuacją mechanizmy, zardzewiałe od wielu lat nieświadomego użytkowania.

Czasami wybrzmiewają w takich banalnych sytuacjach, jak ta: chcielibyśmy, żeby ktoś wziął nas w urodziny na jakieś wymarzone, odjechane zakupy. I wierzymy, że ta osoba się domyśli. A ona, masz ci los, zabiera nas do kina i to w dodatku na mało nas interesujący film. I jesteśmy źli, i wściekli, i rośnie w nas frustracja, królowa wszelkich złośliwości.

Dlaczego? Nie umiem zrozumieć takich sytuacji. To jest kolejny aspekt tego wszystkiego: nie mówimy, czego oczekujemy i jesteśmy źli, że ktoś tego nie spełnia. Dlaczego nie umiemy mówić o swoich potrzebach? Dlaczego nie płaczemy, kiedy jest nam źle? Tak jak dzieci! To uwalniające. Płacz jest takim samym uwalnianiem emocji jak śmiech. Czemu mówimy drugiemu człowiekowi „nie płacz”? Czy powiemy mu „nie jedz”, kiedy będzie głodny?

Wszystko byłoby super, naprawdę super, gdybyśmy zdjęli z innych wieniec naszych oczekiwań i dali im wolność. To nie sprawi, że oni znikną. To sprawi, że będą bardziej. To jest takie trudne, a takie ważne. Czasami jest mi smutno, że sama tak nie umiem. Czasami jestem więźniem swoich własnych oczekiwań wobec siebie.

Tylko jak wyzwolić się z krępujących oczekiwań innych ludzi?

„Myślałam, że to zrobisz”

„Powinnaś była zrobić tak”

„Zachowałaś się inaczej niż by mi się podobało / niż cię wychowałem / niż myślałam, że się zachowasz”

To źle myślałaś.

Dzieci są w tym przepiękne

Ciekawe, że wszelka warunkowość naszych uczuć pojawia się w trakcie dorastania. Jest to wypadkowa tego, co spotyka nas w życiu, oczywiście, ale zastanawia mnie, dlaczego tak trudno jest utrzymać przejrzystość uczuć dziecka? Myślę, że to jedna z piękniejszych rzeczy, których możemy się uczyć od tych małych nauczycieli. Szczerość, spontaniczność, bezwarunkowość. Możesz dać się ponieść swoim żałosnym, „dorosłym” zachowaniom i nakrzyczeć na dziecko za jakąś totalną pierdołę, a ono i tak później przyjdzie się przytulić (póki jest dzieckiem). Byle nie dawać się ponieść za często. A my? Dorośli? Jesteśmy zbyt głupi, by zauważyć wiele rzeczy. Uważamy się za tak niesamowicie mądrych. Traktujemy siebie tak poważnie. Ach, jakże poważni jesteśmy.

Tańczące iluzje

Taki lękliwy wpis o oczekiwaniach i ich spełnianiu. Jak w więzieniu dla relacji, w których nie ma przestrzeni, tylko jest wiążąca smycz, dzięki której wszystko jest w porządku. Imitacja poczucia bezpieczeństwa i kontroli nad światem.

Bez puenty.