Najlepsze ciuchy to te z przypadku

Tak przewrotnie sobie rzeknę, że nie wiem dlaczego, ale najlepiej czuję się w ubraniach, które dostaję przypadkiem. Albo tych, które komuś zabiorę. 🙂 Albo które kupuję przypadkiem. Jak się na coś nakręcę i myślę o tym, żeby kupić daną rzecz, w końcu ją kupuję i… szału nie ma. Natomiast jak coś kupię “ot, tak”, bez większego przekonania lub w pośpiechu – bardzo często później staje się to moją ulubioną rzeczą. Zatem bądź tu mądry i sobie coś wybierz…!

Ponadto zauważyłam, że towarzyszy mi taki fenomen: bardzo, naprawdę bardzo często, gdy nabywam sobie nowe, ładne ciuszki, to przy pierwszym, no, najdalej przy drugim noszeniu je poplamię, zahaczę, przypalę. Nie wiem jakim cudem. Mam kilka przykładów. W zeszłym roku kupiłam wymarzone błękitne spodnie. Na wiosnę, takie ładne. Ślicznie leżały. Przy pierwszym założeniu wylałam na nie cały kubek kawy u znajomych. Przysięgam, nigdy mi się takie coś nie zdarzyło. Po energicznym szorowaniu w łazience wyglądały, jakbym je przejechała papierem ściernym. Wylądowały w pralce i na szczęście bez większych znamion wyschły i mogłam się nimi cieszyć dalej. Założyłam je po raz kolejny i… ochlapałam tłuszczem przy obiedzie (no, nie do końca ja :). No mamo. Takich sytuacji mam lekko milion. Gdy natomiast założę ciuch z lumpeksu lub “po kimś” (jakaś wymianka z mamą lub kumpelą), to wszystkie potencjalne plamy i niebezpieczeństwa omijają mnie jakbym była ich największym wrogiem. Swetra z lumpa nie zaciągnę złamanym paznokciem, kantem stołu, nawet nóż mu niegroźny. Nowy sweter ze sklepu zaciągnął się przy pierwszym praniu, bo się wplątał w stanik (?!).  

Mam taki inny, czerwony sweter, który naprawdę darzę miłością. Jest ze dwa rozmiary za duży, mama go nie chciała. Zima go prałam i nosiłam, później nosiłam i znów prałam. Bezpieczny, niepoplamiony, niezaciągnięty.

Mam ręcznie robioną torebkę od mojej mamy. Uwielbiam ją i noszę praktycznie na okrągło. Natomiast torba, którą kupiłam sama w zeszłym roku leży w szafie i cierpliwie czeka na moją decyzję o wywaleniu, bo przetarła się po kilku miesiącach noszenia.

W liceum na bieganko najlepiej chodziło mi się w ogromnej bluzie mojego brata. 

Teraz zamierzam przetestować spodenki do spania, których nie chce mój Mąż. Śmiem przypuszczać, że będą to moje ulubione spodenki. Będzie najlepsze spanko.

I tak dalej.

Moda kontra brak zdecydowania

Nigdy nie byłam jakaś “modowa”. Lubię funkcjonalne, dobre rzeczy w rozsądnej cenie. Najbardziej lubię ciuchy, które nie należą do mnie. Nie ma sensu wydawać na mnie dużych pieniędzy jeśli chodzi o ciuchy, bo i tak je poplamię albo zepsuję w inny sposób. Z pewnością pasuje do mnie wyrażenie: łatwiej ją ubrać niż wykarmić.

Internetowe reklamy ubrań ostatnio prawdopodobnie się na mnie uwzięły i wyświetlają mi się WSZĘDZIE, jakby algorytm google’a dotarł wprost do mojego mózgu. A ja miewam problemy z tym, co sobie kupić, co wybrać, by czuć się dobrze, zatem te reklamy tylko pogłębiają mą frustrację; wpływa na mnie presja bycia trendy i niekomfortowo się z tym czuję więc… tak się luźno zastanawiam. Może pora wyluzować. Może niech sobie szafa żyje swoim życiem. Niech mnie atakują plamy i noże. Moimi szafiarskimi decyzjami niechaj rządzi przypadek, bo to on chyba wie lepiej, w czym mi dobrze.

Przy tych wszystkich trendach, falbankach, fiszbinkach, w dobie nakręcających się wzajemnie szafiarek i fashionistkach produkujących fotki w lustrze szybciej niż ja słowa w wordzie, modach na minimalizm, i tak dalej, może wylansuję nowy rodzaj mody: modę z przypadku. Taką z przymrużeniem oka, bo cały ten konsumpcjonizm i potrzeba stylizowania się chyba troszkę wymyka się spod kontroli. Może zmienię zdanie, gdy sama trzasnę sobie zdjęcie w przedpokojowym lustrze i dodam je z hasztagiem #ootd z przekonaniem, że jest zajebiście i na pewno kogoś to interesuje, że mam na sobie niepoplamione i niepozaciągane ciuchy. Sama nie wiem. A Wy wiecie?

 

Zdjęcie główne: Pixabay