Szafa. Małe-wielkie słowo. Szczególnie dla nas, kobiet. Często to nie tylko kilka-kilkanaście połączonych ze sobą desek, jakiś drążek, drzwi i zawartość półek lub wieszaków. To codzienne dylematy, poszukiwanie, analiza. W czym czuję się dobrze? Czy ubrania mnie określają? W tym mi niewygodnie! Nie, to do mnie nie pasuje. Czy to nie jest za duże? O nie, przytyłam od zeszłego roku…! Oczywiście nie zawsze – podejrzewam, że istnieje wiele kobiet, dla których szafa to istotnie tylko mebel. Miejsce do przechowywania rzeczy, które służą do okrycia ciała. Myślę, że zarówno jedno jak i drugie podejście jest spoko. Fajnie jest to ukazane w filmie “Diabeł ubiera się u Prady”. Ale nie chciałam zagłębiać się teraz w psychologiczne powiazania pomiędzy ubraniami a naszym postrzeganiem siebie, wchodzić w konsumpcjonizm i pogłębiający się narcyzm i tak dalej; nie, chciałam podsumować pewne zjawisko, które zauważyłam u siebie. 

Czym jest dla mnie szafa?

Czasami jest jak Narnia, do której boję się wejść, bo nie wiem, co mnie tam spotka. 🙂 Kiedyś była niczym specjalnym. Na innym etapie życia: odzwierciedleniem zagubienia i stanów bliskich czarnej depresji – nic tam do siebie nie pasowało, w niczym nie czułam się dobrze, wrzucałam byle co, byle było – wszystko równie smętne jak wówczas ja sama – i to w gruncie rzeczy nie chodziło o to, że w ciuchach się źle czułam; w samej sobie się źle czułam. Innym jeszcze razem: szafa była miejscem, które mieściło w sobie po kolei wszystkie moje kulturowo-muzyczne fascynacje – od trampków, bojówek i pasków a’la Avril Lavigne, po oversize’owe bluzki jakby wzięte z teledysku Alicii Keys, przez adidasy niczym pożyczone od Fergie z klipu “Shut up” (nigdy nie zapomnę, jak długo szukałam takich butów!!!).

Ach, co za czasy! | Zdj. źródło: tu

Na każdym etapie mojego życia zawartość szafy zmieniała się wraz ze mną, nie mogę więc stwierdzić u siebie chłodnej ignorancji wobec niej i dalej radośnie udawać, że ciuchy to tylko ciuchy.

Oglądam sobie różne vlogi, czytam blogi – nie stricte modowe, właściwie bardziej lifestylowe, czasem takie o minimalizmie, które mają też w tematyce sprawy ubraniowe. Obserwuję niektóre osoby na instagramie. W efekcie czasem sobie myślę: matko najdroższa i cała dziatwo, po cholerę tyle ubrań, po co kupować to, co modne w tym sezonie? Innym razem: nie no, za dużo pier*** o tych ciuchach, są chyba ciekawsze tematy? A jeszcze innym: ale śliczne te rzeczy mają, są w nich takie pewne siebie, nie no, po wypłacie idę na zakupy! I… nie idę nigdzie. 

Analizuję w myślach swoją garderobę. Czasami. Stan mebli typu szafa u mnie: dwie białe plus jedna komoda. Zawartość? Wszelaka. I zaczynam myśleć o modzie. Później myślę o zakupach. Nie lubię robić zakupów. Ewentualnie online, choć i to bywa frustrujące, bo przecież czy trafię z rozmiarem? Na końcu pojawia się szalenie konkretna konkluzja-pytanie: skoro nie wiem, co sobie kupić do ubrania, to co sobie kupić do ubrania?

Lumpeks? Sieciówka? Polska marka? 

Jestem osobą dość oszczędną. Fabrycznie mam ustawione w mózgu tak, że nie lubię wydawać zbyt dużo pieniędzy na rzeczy, które (w moim mniemaniu) ze spokojem mogłyby być tańsze. Mimo że lubię dobrą jakość, niespecjalnie widzę siebie kupującą torebki z włoskiej skóry za jedną trzecią wypłaty “bo starczy na lata” – starczy albo nie starczy. Znając życie, po prostu mi się znudzi. Tym bardziej nie lubię wydawać dużo pieniędzy na ubrania (to już prędzej na kosmetyki). Z jakiegoś powodu towarzyszy mi dyskomfort i niemiłe mrowienie podczas transakcji zakupowej. I takie myśli, na ile innych rzeczy mogłabym wydać te pieniądze. 

Odchodzę od sieciówek. Właściwie nigdy nie miałam zbyt dużo ubrań marek H&M, orsay, Mohito i tym podobnych, ale często ubrania z reklam tychże sklepów bardzo mi się podobały. Jednakże pod wpływem przede wszystkim książki “Chrobot” (polecam całym sercem) utwierdzam się coraz bardziej w przekonaniu, że nie chcę przykładać ręki do produkcji ubrań, podczas której wyzyskuje się ludzi z ubogich miejsc tego świata, dlatego wolę unikać kupowania rzeczy z tych sklepów. Warto zgłębić temat.

Jeżeli chodzi o polskie marki etyczne – jak najbardziej je podziwiam, oglądam, podobają mi się te rzeczy i bardzo dopinguję polskich producentów. Nawet chciałabym ich wesprzeć poprzez kupno tego czy tamtego. Ale, matulu, ze względu na moje wcześniej wspomniane ustawienia fabryczne, po prostu nie umiem się przekonać do kupna zwykłej bluzki za 200 lub więcej złotych polskich. Oczywiście, wiem, że jest zapewne tyle warta – nie neguję tego. To inwestycja. Ten materiał wytrzyma lata. Nie została zrobiona taśmowo, jest dobrej jakości, i tak dalej – i to jest świetne. Ale nie umiem kupić sobie takiej rzeczy. Może kiedyś się to zmieni. 

Lumpeks – owszem, ale też nie zawsze. Śmiesznie chodzi się do sklepu właściwie “nie wiadomo po co”. Idąc do lumpeksu można mieć mgliste pojęcie, po co się idzie, a i tak wróci się z naręczem zupełnie innych rzeczy, bo “w świetnym stanie, dobrej jakości i super cenie” – to jest największa pułapka lumpków. 🙂  A jako że ja naprawdę średnio lubię robić zakupy i długie chodzenie po sklepach oraz przymierzanie mnie męczy – rzadko korzystam z tej opcji. Jest to chyba jednak opcja najlepsza z wyżej wymienionych, zarówno pod względem portfela, jak i etyki zakupów.

Źródło: Pixabay

Najlepsze ciuchy to te z przypadku

Tak przewrotnie sobie rzeknę, że nie wiem dlaczego, ale najlepiej czuję się w ubraniach, które dostaję przypadkiem. Albo tych, które komuś zabiorę. 🙂 Albo które kupuję przypadkiem. Jak się na coś nakręcę i myślę o tym, żeby kupić daną rzecz, w końcu ją kupuję i… szału nie ma. Natomiast jak coś kupię “ot, tak”, bez większego przekonania lub w pośpiechu – bardzo często później staje się to moją ulubioną rzeczą. Zatem bądź tu mądry i sobie coś wybierz…!

Ponadto zauważyłam, że towarzyszy mi taki fenomen: bardzo, naprawdę bardzo często, gdy nabywam sobie nowe, ładne ciuszki, to przy pierwszym, no, najdalej przy drugim noszeniu je poplamię, zahaczę, przypalę. Nie wiem jakim cudem. Mam kilka przykładów. W zeszłym roku kupiłam wymarzone błękitne spodnie. Na wiosnę, takie ładne. Ślicznie leżały. Przy pierwszym założeniu wylałam na nie cały kubek kawy u znajomych. Przysięgam, nigdy mi się takie coś nie zdarzyło. Po energicznym szorowaniu w łazience wyglądały, jakbym je przejechała papierem ściernym. Wylądowały w pralce i na szczęście bez większych znamion wyschły i mogłam się nimi cieszyć dalej. Założyłam je po raz kolejny i… ochlapałam tłuszczem przy obiedzie (no, nie do końca ja :). No mamo. Takich sytuacji mam lekko milion. Gdy natomiast założę ciuch z lumpeksu lub “po kimś” (jakaś wymianka z mamą lub kumpelą), to wszystkie potencjalne plamy i niebezpieczeństwa omijają mnie jakbym była ich największym wrogiem. Swetra z lumpa nie zaciągnę złamanym paznokciem, kantem stołu, nawet nóż mu niegroźny. Nowy sweter ze sklepu zaciągnął się przy pierwszym praniu, bo się wplątał w stanik (?!).  

Mam taki inny, czerwony sweter, który naprawdę darzę miłością. Jest ze dwa rozmiary za duży, mama go nie chciała. Zima go prałam i nosiłam, później nosiłam i znów prałam. Bezpieczny, niepoplamiony, niezaciągnięty.

Mam ręcznie robioną torebkę od mojej mamy. Uwielbiam ją i noszę praktycznie na okrągło. Natomiast torba, którą kupiłam sama w zeszłym roku leży w szafie i cierpliwie czeka na moją decyzję o wywaleniu, bo przetarła się po kilku miesiącach noszenia.

W liceum na bieganko najlepiej chodziło mi się w ogromnej bluzie mojego brata. 

Teraz zamierzam przetestować spodenki do spania, których nie chce mój Mąż. Śmiem przypuszczać, że będą to moje ulubione spodenki. Będzie najlepsze spanko.

I tak dalej.

Moda kontra brak zdecydowania

Nigdy nie byłam jakaś “modowa”. Lubię funkcjonalne, dobre rzeczy w rozsądnej cenie. Najbardziej lubię ciuchy, które nie należą do mnie. Nie ma sensu wydawać na mnie dużych pieniędzy jeśli chodzi o ciuchy, bo i tak je poplamię albo zepsuję w inny sposób. Z pewnością pasuje do mnie wyrażenie: łatwiej ją ubrać niż wykarmić.

Internetowe reklamy ubrań ostatnio prawdopodobnie się na mnie uwzięły i wyświetlają mi się WSZĘDZIE, jakby algorytm google’a dotarł wprost do mojego mózgu. A ja miewam problemy z tym, co sobie kupić, co wybrać, by czuć się dobrze, zatem te reklamy tylko pogłębiają mą frustrację; wpływa na mnie presja bycia trendy i niekomfortowo się z tym czuję więc… tak się luźno zastanawiam. Może pora wyluzować. Może niech sobie szafa żyje swoim życiem. Niech mnie atakują plamy i noże. Moimi szafiarskimi decyzjami niechaj rządzi przypadek, bo to on chyba wie lepiej, w czym mi dobrze.

Przy tych wszystkich trendach, falbankach, fiszbinkach, w dobie nakręcających się wzajemnie szafiarek i fashionistkach produkujących fotki w lustrze szybciej niż ja słowa w wordzie, modach na minimalizm, i tak dalej, może wylansuję nowy rodzaj mody: modę z przypadku. Taką z przymrużeniem oka, bo cały ten konsumpcjonizm i potrzeba stylizowania się chyba troszkę wymyka się spod kontroli. Może zmienię zdanie, gdy sama trzasnę sobie zdjęcie w przedpokojowym lustrze i dodam je z hasztagiem #ootd z przekonaniem, że jest zajebiście i na pewno kogoś to interesuje, że mam na sobie niepoplamione i niepozaciągane ciuchy. Sama nie wiem. A Wy wiecie?

 

Zdjęcie główne: Pixabay