Przebodźcowana

Przebodźcowana

Follow my blog with Bloglovin

W domowej izolacji o różnorodność zajęć bywa ciężko. Można przez tydzień sprzątać, zajmować się gotowaniem, pieczeniem, czytaniem, ćwiczeniem, gadaniem z przyjaciółmi i rodziną przez wideo, wyklejaniem, rysowaniem, remontowaniem, spaniem, pracowaniem oraz całą masą innych fantastycznych rzeczy. I nadal twierdzę, że o różnorodność bywa ciężko, bo wszystko ma swój kres. Wyżej wspomniane zajęcia wystarczają jak dla mnie gdzieś na tydzień (oprócz spania). Chociaż czasami zapominam, że istnieją ludzie na tym świecie, którzy umieją się zająć dłużej, przez całe życie na przykład, jedną rzeczą – i to też jest super, ale ja niestety nigdy tak nie umiałam.

Trochę nieporadnie, ale dążę do tego, że będąc w tej domowej izolacji i zajmując się całą masą rzeczy, zawsze gdzieś w cieniu są One. Mamy na Nie więcej czasu i niepostrzeżenie ciągnie nas do Nich jak magnes do drzwi lodówki. Wyobcowani, z dala od ludzi, patrzymy, podglądamy, obserwujemy, jak tam się mają inni wyobcowani. One. Media. Social media. I nie tylko social. Media, przez które jesteśmy ponakłuwani bodźcami jak pieguski czekoladą. I łeb pęka od tych bodźców. Bodźcowania. Przebodźcowania. Bodźce odbijają się od zamkniętych drzwi mieszkania i wracają jak bumerang czule wsiąkając w każdą komórkę ciała.

Przebodźcowanie wizualizuję sobie jako człekokształtną poduszeczkę do igieł – taki krawiecki artefakt – całą ponakłuwaną igłami o różnokolorowych łebkach.

Albo coś – kawałek drewna, ściana, cokolwiek – ponakłuwanego suto gwoździami. Takimi powykrzywianymi od wbijania, trochę pordzewiałymi gwoździami.

I weźmy za przykład tę człekokształtną poduszeczkę. Do igieł. Wyobraźmy sobie, że ona żyje i jest nami.

Idzie taki poduszkowy, mały człowiek. Idzie dzielnie przed siebie. Może do pracy? Może do szkoły? Może po dzieci do przedszkola? Trudno orzec, bo wiek jego nieznany. Załóżmy, że jest studentem. Ciężko mu się idzie, bo ma powbijane w swe poduszkowe ciało igły, a te z pewnością nie sprzyjają marszowi. Ale jakby sobie nie zdawał sprawy, że to te igły tak mu ciążą. Po drodze napotkał koleżankę – ta miała w sobie ciut mniej igieł. Przywitali się, pośmiali trochę z ostatniej reklamy pasty do zębów, obgadali jakąś nową ustawę wprowadzoną przez rząd i ostatnie posty znanego influencera. Pożegnali się i rozeszli, a igieł im jakby przybyło. Kolorowe łebki lśniły w słońcu. Poduszkoczłowiek zamyślił się nad właśnie uciętą miłą pogawędką. Zdał sobie sprawę, że nawet nie zapytał koleżanki, jak się czuje, jak się miewa. W trakcie tych rozmyślań wzrok jego sunął po sklepowych witrynach i wyświetlanych na ekranach reklamach. Kolejne igły dopadały jego poduszkowe ciało. Jak się czuje moja koleżanka? Ciężko tak wywnioskować spomiędzy igieł. A rozmawialiśmy tylko o tym, co wokoło. Następnym razem zapytam.

Mały poduszkowy człowiek resztę dnia spędził jak zwykle – na uczelni słuchał o rzeczach z podręcznika, w rozmowach z kolegami o rzeczach z uczelni, w domu zaś o tym, co tam słychać w telewizorze. Chętnie brał udział w tych pogawędkach. Chętnie też sprawdzał internet, by nic mu nie umknęło. I coraz to cięższy był od igieł.

Zapadła noc. Zmęczony, usiadł na brzegu małego, poduszkowego łóżka. Nagle jakby się ocknął, spojrzał po sobie. Och, muszę się oczyścić, pomyślał ze zdziwieniem. Mozolnie zaczął wyciągać igiełki ze swojego zmęczonego dniem ciała. Dopiero zauważył, że w ogóle tam są. Jednocześnie rzucał okiem na leżącego na poduszce smartfona i podśmiechiwał się z memów o poduszkach. A igieł nie ubywało. Wreszcie zmęczony tym zajęciem, dał sobie spokój. Poszedł spać. Te igły niby nie kłują – w końcu jest cały z poduszki. I nawet nie wie, że śpi mu się przez nie źle. Że je mu się przez nie źle. Że źle mu się nawet rozmawia z bliskimi, właśnie przez nie. Przez te igiełki, co są bodźcami i jest ich tyle, że pewnie nie zdajemy sobie sprawy.

I ja je mam. I Ty je masz. I nie jesteśmy z pluszu i poduszki.

Fajnie byłoby tak nie mieć bodźców. Chociaż raz na jakiś czas. Nie być jak ta po tysiąckroć przekłuta poduszeczka krawcowej.

Umiem tak jeszcze…?

No, ale jak wyłączę to wszystko, to co…? Książki mi się kończą, nie można jeść tylko w nieskończoność, sprzątać już nie ma co… A Giza wrzucił nowy program na youtube, a na Netflixie nowy sezon Domu z Papieru… Metry kwadratowe w mieszkaniu jakby się zmniejszały i już nie chce mi się walczyć. Odpalam cokolwiek. Byle już można było wyjść z domu i przeżyć promień słońca na skórze.

Obraz Gerd Altmann z Pixabay

6 myśli w temacie “Przebodźcowana

  1. A mi o dziwo te codzienne czynności, na które wcześniej nie miałam czasu zupełnie wystarczają – gotuję pyszności, sprzątam z przyjemnością, prasuję. Social media są i będą, ale u mnie jest ich jakby mniej, staram się cieszyć byciem razem, póki jest czas 😉

    1. Mi ogólnie też sprawiają przyjemność takie czynności – szczególnie gotowanie, sprzątać zawsze lubiłam, nie mam problemów z prasowaniem. Chodzi o to, że trudniej ograniczyć się do tych czterdziestu metrów kwadratowych i robić tylko to, i nie spotykać się z przyjaciółmi ani z rodziną. Miałam mały kryzysik w weekend. Mnie te sociale ostatnio coś atakują i przylepiam się do nich. 🙁
      A po wszystkim, Gosiu, kawa i lumpy, tak jak się umawiałyśmy! <3

  2. Jak tak czytam o tym przebodźcowaniu, to się zastanawiam, czy Ty przypadkiem, tak jak ja, nie jesteś WWO :). Mamy inne charaktery, Ty lubisz więcej wychodzić do świata i jak się dużo dzieje, ale ten nadmiar bodźców, to takie typowe właśnie dla wrażliwców. Zresztą nie tylko ta Twoja cecha za tym przemawia ;), dlatego polecam Ci na przykład ten odcinek podcastu -> http://wzwiazkuzzyciem.pl/odc-66-wysoko-wrazliwi-test/. Może odnajdziesz w nim siebie, a może się mylę ;), w każdym razie warto posłuchać, bo z tą wrażliwością, to jest jednak trochę inaczej niż z pozostałymi “etykietkami”.

    Co do bodźców światowych, unikam ich, czasami jak ognia. Nie oglądam i przeważnie nie czytam żadnych wiadomości, bo to mi w niczym nie pomaga, a jedynie dołuje. Najważniejsze info i tak zawsze do mnie dociera. A po co mi wiedzieć, że gdzieś ktoś kogoś zabił albo stały się inne straszne rzeczy? A co do przyklejenia do telefonu, to niestety czasem czuję, że jestem za bardzo. I zamiast książki na dobranoc wjeżdża jakaś głupia gierka, która wcale nie pomaga szybko i głęboko zasnąć. Trzeba nad tym pracować.

    P.S. Kliknęłam poprzednio na “Chcę być na bieżąco, wysyłaj newsletter!”, ale żadne powiadomionko mi nie przyszło :(.

    1. Możliwe, Kochana, że Twoje przypuszczenia odnośnie WWO są jak najbardziej prawdziwe. Jak byłam mała to nie mogłam oglądać wieczornych (ani żadnych innych) wiadomości, bo zdarzało mi się uronić łezkę ze smutku i strachu, że tyle zła ludzi dotyka na tym świecie! A teraz, jak nie ma odskoczni w postaci wyjścia do ludzi, do rodziny, do kina, na kawę, cokolwiek – to te bodźce jakoś tak atakują ze zdwojoną siłą. Dziękuję za podcast, jak już się trochę “odbodźcuję” to posłucham! <3

      Co do newslettera - sprawdzaj spam, nie wiem dlaczego, ale czasem powiadomienia wpadają normalnie do skrzynki odbiorczej, a czasem do spamu. Szczególnie na gmailu.

      Ściskam, całuję, buziakuję - i mam nadzieję, że do szybkiego zobaczenia! <3

  3. Olżbita,po przeczytaniu Twojego tekstu odezwała się we mnie Paulina Ka. (),która mówi: a może by tak na te igły nawlec kolorowe nitki i coś z nich wyszyć?

    1. Uwielbiam Paulinę Ka!!!
      No i super perspektywa: o tym nie pomyślałam! Miałam jakiś kryzys po prostu. Ostatecznie te sociale nie są takie złe.
      Zawsze warto coś pozornie złego przekuć w coś dobrego – czyli, tak jak mówisz, nawlec te kolorowe nici i coś uszyć!
      Dziękuję! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powrót do góry