Szesnasty

Szesnasty

Szesnastego kwietnia rok temu było ciepło. Był to dzień wyjątkowy, mimo iż nie pamiętam – środowy czy wtorkowy. Z pewnością zaś nie był weekendem.

Byłam w swojej poprzedniej pracy, dzień spędziłam na nudnym scrollowaniu ekranu, udawaniu, że wcale mnie ten ołpenspejs nie rusza, no i pewnie czytałam jakiś kryminał, co by się jakkolwiek pobudzić czyimiś mrocznymi historiami wyssanymi z palca.

Był wyjątkowy.

Wróciłam z pracy i nie zjedliśmy obiadu. Wzięłam odżywczy, wspaniały prysznic, nasmarowałam się wszystkim, co miałam pachnącego pod ręką i podśpiewywałam w rytm muzyki płynącej z telefonu. Później założyłam czarne obcisłe rurki, białą luźną koszulę, twarz uraczyłam makijażem, a stopę wspięłam na moje niegdyś ulubione fioletowe szpilki.

I poszliśmy. Chociaż nie byliśmy nad Bałtykiem, byliśmy w Bałtyku. Takim miejscu pod chmurami w najśmieszniej wyglądającym budynku w moim mieście – najśmieszniej w tym pozytywnym znaczeniu. Cały jest wykrzywiony, jakby starał się dopasować do obecnych trendów dizajnerskich. Zdecydowanie mu to wyszło.

Było wyjątkowo, bo szklane szyby spływały z sufitu i trochę jakbyśmy fruwali, ale tak bezpiecznie, na dużej platformie pełnej światła, ciepła i zapachów. Cały Poznań był w zasięgu wzroku, a jego największe budynki można było z tej perspektywy przyrównać do opuszka palca. Miasto tak pręży muskuły, a wystarczy trochę się wspiąć i już wszystko nabiera innych proporcji.

Jedliśmy niezwykłe potrawy, których nazw nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Czuliśmy się po królewsku, tak smakując beztrosko kulinarne cuda, śmiejąc się i spoglądając na pogrążające się w mroku wieczoru miasto. Później piliśmy drinki z jokerami, a wieczór sobie trwał i trwał, i zdecydowanie będziemy go pamiętać.

Szesnasty kwietnia w tym roku też był wyjątkowy, nie wiem, czy ktoś zwrócił na to uwagę?

Miłość była tak samo szczera i prawdziwa, tylko o rok dojrzalsza. W moim kanapowym biurze rozwiązywałam przez cały dzień zawzięcie problemy hiszpańskiego świata z cyfr i liczb, a o szesnastej zamknęłam laptopa akcentując tym samym koniec pracy.

Był wyjątkowy.

Nie wróciłam do domu, bo w domu byłam, ale znowu wzięłam odżywczy, pobudzający prysznic, wsmarowałam w siebie kosmetyczne cuda i z prawdziwą rozkoszą wcisnęłam się w te same czarne rurki. Z pietyzmem nałożyłam na twarz tak dawno nienakładany lekki makijaż, skropiłam się perfumami i wyprasowałam nowy obrus. Włączyliśmy muzykę, na stół pomiędzy dwie czerwone świece wjechała najlepsza zapiekanka jaką jadłam, stworzona w pocie czoła przez mojego ulubionego mężczyznę na świecie. I jedliśmy, a w zasięgu naszego wzroku za oknem rozciągała się ta sama co codziennie ulica usiana blokami takimi samymi jak nasz. Proporcje były całkowicie przyziemne. Polało się wino i potoki słów. Światło świec zaogniało spojrzenia. Zegarek jakby przestał odmierzać czas. Było wyjątkowo.

Przecież nieważne gdzie i jak. Świętujmy i cieszmy się, jak gdyby nigdy nic. Chociażby co roku szesnastego kwietnia. Każdą kolejną rocznicę kochania. Każdy kolejny dzień miłości.

5 myśli w temacie “Szesnasty

    1. U nas szesnasty kwietnia to nie jest przypadkowa data, ale warto sobie – tak jak mówisz – chociażby wybrać jakiś dzień i świętować. 🙂
      Ściskam mocno, Dżastinko <3 <3 <3

  1. To się Jaro spisał z tą zapiekanką! 🙂 Brawo Wy, że tak pięknie celebrujecie miłość!

    A pierwsze co poczułam czytając, to podziw, że potrafisz zafundować sobie taką chwilkę tylko dla siebie. Nawet jeśli są to z pozoru zwykłe czynności, jak prysznic po skończonej pracy czy kilka kropel perfum. Myślę, że takie drobne przyjemności są bardzo ważne. Ja ciągle uczę się uwzględniać je w swoich planach. Buziaki!

      1. Spisał się, nadal jestem pod wrażeniem. 🙂 Było pycha i teraz już się nie wykręci!
        Też myślę, że te przyjemności są ważne i nie jest trudno sobie wygospodarować trochę czasu :))
        Powodzonka i buziaki!!! <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powrót do góry