Życie puka w powieki

Życie puka w powieki

Czasami dzieją się rzeczy dość, na pierwszy rzut oka, nieprawdopodobne. Czytamy o nich w książkach, oglądamy je w filmach, całe stosy takich rzeczy możemy podziwiać w serialach, szczególnie polskich tasiemcach. Chrupniemy sobie popcorn, siorbniemy herbatą, zapijemy winem i jak się skończy – mniej lub bardziej zapominamy. Utuleni przytulnym kocykiem własnej strefy komfortu nie sądzimy, że kiedykolwiek przyjdzie nam przeżyć którąkolwiek z takich sytuacji.

Naraz przychodzi moment, w którym życie puka nam chudym paluszkiem w powieki: halo, otwórz oczy. Teraz chwilę się pobawimy.

Niczego nieświadomi, otwieramy te oczy, a przed nimi rozpościerają się niepokojące sceny: długie szare puste ulice, puste biura za pustymi szybami, puste sklepy, puste półki, puste tramwaje, puste niebo. Jakby Pan Bóg wziął szufelkę i zwykłą zmiotką zmiótł ludzkość z powierzchni.

Zniosłam już kiedyś coś takiego. Nie epidemię. 😉 Takie coś, o czym wcześniej słyszałam jedynie w filmach i czytałam w książkach, ewentualnie strzępkowo słyszałam z opowieści koleżanek, chociaż o takich rzeczach za bardzo się nie opowiada. Towarzyszące mi wtedy uczucie szturmowało osiemnastoletni umysł i ciało. Najdziwniejsze było to poczucie surrealizmu własnego życia i bezradne, pozbawione odpowiedzi pytania puszczone w eter wyobraźni, że jak to: takie rzeczy normalnie przecież się nie dzieją. Skąd to. Nikt mnie nie uprzedził, nie przygotował. Czemu. Skala tego wydarzenia była zdecydowanie mniejsza, bo tyczyła się mniej niż dziesięciu osób i nikt nie przechodził kwarantanny. To było wtedy, kiedy rozwiedli się moi rodzice. Wtedy też było pusto. Pusto pod nogami, pusto w środku, padało dużo pustych łez i słów.

Z epidemią podobnie. Jak pewnie co najmniej 80% naszego społeczeństwa, czytałam „Dżumę”. Bardzo mi się podobała ta powieść, byłam pod mocnym wrażeniem. Nigdy jednak nie odnosiłam realiów tam opisanych do ulic własnego osiedla, kafelków własnego mieszkania, zasięgu własnej ręki, metrów kwadratowych własnego życia. A tu bęc. Mija ponad dekada i nagle świat gaśnie, i wszyscy się boją. Co prawda szczury nie wylęgają na ulicę, społeczeństwo się (jeszcze) nie dziesiątkuje, ale dla zachowania spokoju wolę nie wychodzić myślami dalej w tych statystykach.

Takie rzeczy się dzieją. Dziwnie je przeżywać na własnej skórze. Włoski stają dęba, przecieramy ze zdziwieniem te otwarte oczęta i staramy się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Nie chcę podawać sposobów na spędzenie czasu izolacji w domu, mnóstwo już tego w internetach. Dobrze jednak przy każdej możliwej okazji podkreślać, że warto ten czas przeżyć dobrze. Świadomie. Powoli. Pocieszać się. Dobrą muzyką i dobrym słowem.

Na przykład Szymborską. Prorok z niej, czy co? W każdym razie, poniższe słowa, jak zresztą wiele ze zbioru tych przez nią uszytych, chwyciły mnie za serce i już takie „schwytane” zostało:

Czemu ty się, zła godzino,

z niepotrzebnym mieszasz lękiem?

Jesteś – a więc musisz minąć.

Miniesz – a więc to jest piękne.

Tak że tak. To jest piękne.

6 myśli w temacie “Życie puka w powieki

  1. Jak zwykle super napisane :))
    W tych dziwnych teraz czasach to pozostaję życzyć tylko dużo zdrowia!!!
    Trzymaj się cieplutko i obyś szybko tu znowu zajrzała <3

  2. W prostych słowach ogromny ładunek emocji. Byłoby dobrze,gdyby wiadomości również przekazywane były w prostych słowach,jak Ty opisujesz swoje obserwacje. Może nie potęgowałyby spustoszenia,które już jest,o którym piszesz.
    Czekam Olżbita na kolejny tekst ❤

    1. Och, byłoby idealnie. Musimy jakoś to przetrwać i może powstaną kolejne powieści, tym razem już współczesne…
      Dziękuję za słowa uznania i ściskam mocno z izolacji (albo -tki!)! <3

  3. Uwielbiam Twoje porównania i metafory:).

    Przyznaję, że “Dżumy” nie czytałam, ale grałam niedawno w taką grę komputerową, w której roiło się od szczurów i zarazy… Zresztą za wiele mi nie potrzeba, żeby coś sobie przenieść do życia. Robię to automatycznie i nie da rady inaczej. Wystarczy, że obejrzę jakiś głupi dramat, a rozkminiam to tak, jakby te tragiczne wydarzenia zdarzyły się naprawdę i mogły przytrafić się również i mnie. Ale o dziwo jakoś teraz jestem spokojna. Tylko mi smutno, że z nikim się nie spotykam i ciągle te cztery ściany. Ale z drugiej strony, w końcu mogę “wrócić do siebie”, więc może też i do pisania poza pracą.

    Współczuję z powodu rodziców. Nie wiem czemu wydawało mi się, że byłaś młodsza. W takich momentach rzeczywiście musi być trudno o jakieś poczucie realizmu. Może to jest mechanizm obronny? Jak pierwszy raz poroniłam, to najpierw też czułam jakby to nie przytrafiło się mnie. Może wypieramy pewne informacje do czasu aż potrafimy się już z nimi uporać? Sama nie wiem… Wzięło mnie na rozkminy 😀 Buziaki Kochana!

  4. Bardzo się cieszę, Asiu, że “trafiam” swoimi porównaniami!
    Ja też przeżywam, szczególnie filmy – dlatego przestałam oglądać dramaty, bo nie mogę zwyczajnie. Książki aż tak na mnie nie działają. Ja teraz też jestem spokojna, spokój jest bardzo ważny w tej sytuacji, tak myślę.
    A co do trudnych życiowych sytuacji – możliwe, że to mechanizm obronny. Czujemy się jak bohaterzy jakiejś książki lub filmu, bo tak bardzo nie chcemy przeżywać niektórych rzeczy, ani zdawać sobie z nich sprawy tak naprawdę-naprawdę…
    Pisz, pisz koniecznie! Bardzo lubiłam czytać Twojego bloga, może pora na powrót? 🙂 Masz dużo do opowiedzenia, Kochana. ;*
    Całuję mocno!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powrót do góry